Kategoria: Blog  15 października 2014

Goście Franusa: Adam Golec

Od etatowego reportera po freelancera

IMG_1247
Adam Golec, fot.: Pierre Vassal

Przez wiele lat pracowałem dla “Gazety Wyborczej” i etykieta reportera tej redakcji mocno przylgnęła do mnie na lata. Siła, z jaką praca dla tak dużej gazety promuje nazwisko fotografa i inercja tego oddziaływania jest niespotykana. Bywa nieznośna, komplikuje współpracę z innym klientem. Teraz jestem freelancerem i współpracuję z wieloma różnymi klientami, od osób prywatnych po instytucje. To ogromnie trudne, ale każdemu fotografowi, twórcy z zasady działającemu samodzielnie, niezależnie i w pojedynkę radzę, by nie wiązać się umowami i nie ograniczać do jednego wydawcy. Czasy, kiedy można było z tego żyć i być z tego dumnym, chyba bezpowrotnie minęły, a komfort, który zapewniał przyzwoity kontrakt z jedną redakcją rozleniwiał i odzierał fotografa z drapieżności i inicjatywy w wymyślaniu i kreowaniu materiałów.

Dokładnie dwa lata temu straciłem taką właśnie posadę. Proces przemiany mojego profilu działalności, ilość nowych wyzwań i urozmaiconych zawodowych sytuacji, przed którymi przyszło mi stanąć w ciągu ostatnich dwóch lat, spowodował u mnie refleksję i smutek, że na tę chwilę rozbratu z “Gazetą” czekałem zbyt długo.

Portrecista do zadań specjalnych

Na ogół osoby, które zwracają się do mnie z prośbą o wykonanie jakiegoś zlecenia lub większego projektu wiedzą, czego mogą się spodziewać po mojej pracy. Coraz rzadziej sam dzwonię do moich bohaterów, chyba że znałem ich wcześniej i podchodzę do fotografowania drugi, trzeci raz. Czasami nie zdążę i w moim imieniu zadzwoni edytor lub klient. Uważam, że nie ma znaczenia, jak to się odbywa, ważne, by odbyło się skutecznie i bez nieporozumień.

W ciągu paru lat mojego wydawniczego portretowania uznano mnie za fotografa do zadań specjalnych. Kiedy trudno było zrobić komuś zdjęcie, pojawiały się trudności z umówieniem, z nawiązaniem kontaktu, bohater zwodził wydawcę, odmawiał edytorowi, wtedy dzwoniono po Golca. Z jednej strony to mnie cieszy, bo to forma docenienia moich wyjątkowych umiejętności interpersonalnych. Z drugiej strony, wiele moich sesji portretowych odbyło się w dużym stresie, dla mnie, a niekiedy i dla osoby portretowanej.

Szukając modela, absolutnie nigdy nie interesowało mnie, czy ktoś jest fotogeniczny, ładny, przystojny, atrakcyjny. Nigdy. Wybierałem się do ludzi, by poszukać tego podskórnego czegoś. Poszukiwania nie zawsze kończyły się sukcesem, ale zawsze próbowałem. Nie na zasadzie wiwisekcji, odgrywania psychodramy, czy psychologicznej analizy postaci. To blichtr. To jest rzecz niemożliwa. Nie wtedy, kiedy mamy parę zaledwie chwil.

Zawsze starałem się, aby z moich zdjęć choć odrobinę emanował unikalny klimat, forma nastrojowości, którą w jednej chwili tworzę z modelem. Nie umiem tego nazwać, nie wiem, czy się da. To jest coś, co wychodzi lub nie. To jest ta warstwa, która wymyka się zasadom kompozycji, ekspozycji czy scenografii. I nie ma to nic wspólnego z osobistym poznaniem bohatera.

Najlepsze jest to światło od Boga

Staram się dobrze przygotować do spotkań z osobami, które mam fotografować. Czytam, oglądam, szukam w internecie. Ale czy powiem, że pojechałem na spotkanie z Mario Vargasem Llosą dobrze przygotowanym? To niemożliwe. Pojechałem z pomysłem na różne rozdania tej partii. Nie wiedziałem, co będę mógł zrobić, czy pozwoli mi pracować pięć minut, czy godzinę. Czy będę mógł coś zaświecić czy nie. Dreszczyk emocji. A potem okazało się, że wystarczył ringflash, by w palarni cygar jednego z hoteli uchwycić to spojrzenie. Zasiadł w mrocznym pomieszczeniu, w fotelu pokrytym ciemnym obiciem. Zasępił się, srogo spojrzał. Jest.

DLOKR
Mario Vargas Llosa

Innym razem, kiedy jechałem do Jana Jakuba Kolskiego, wiozłem ze sobą duże Bowensy i razem z nim taszczyłem te graty po rozmoczonym, zaoranym polu. Wiedziałem, że będę miał dużo czasu. Bohater był przychylny, wygooglał mnie w Filmówce. Dopuścił do siebie, bo skończyłem jego szkołę.

Chodzimy po tych jego Popielawach. Robimy kolejne ustawienia. Ja stawiam graty, mierzę, błyskam. Tu tak, tu inaczej. Jest doskonale. Weszliśmy z tymi wszystkimi gadżetami do jego starego rodzinnego domu, obiektu zdjęciowego z jego filmów. Kolski prowadzi mnie do dużej izby. Tam, na podłodze, leży rozłożony na kawałki jego nowy drewniany dom, który wkrótce stanie na miejscu dawnego. Kolski to silny i dumny ze swej siły mężczyzna, a jako reżyser i operator jest znakomicie uwrażliwiony na obraz. Nietrudno było go namówić, by okazał swoją muskulaturę, siedząc na fragmentach nowego domu. Ustawiam światła, jedno drugie. Parasol, softbox. Wszystko jest. Tylko jest też zimno, nie ma w domu światła. Są dwa okna, w nich stare brudne szyby, mały prześwit. Kolski siedzi topless. Ja się miotam. Światło ustawione przeze mnie jest ohydne, klimat wnętrza po zaświeceniu flashem prysnął. Ukazały się szczegóły w cieniach, które nie miały nic do powiedzenia. Ja się pocę, on marznie. Ja strach, on zniecierpliwienie. Nagle olśnienie. Przecież szkło ma światło 1.2, czułość przyzwoita to 1600.

JAN JAKUB KOLSKI

Jan Jakub Kolski

Pogasiłem wszystkie światła i to było to. Moją radość skwitował bohater, który to wszystko przewidział: “najlepsze jest to światło od Boga, prawda?” (Nie wiem, czy cytuję dokładnie, ale J.J. Kolski znał ten obiekt i wiedział doskonale, że aby sfotografować tę scenę, to albo trzeba wszystko zgasić, albo czymś potężnym wlać filmowe światło przez okna).

Artystowskie kaprysy i konie robocze

Jestem miłośnikiem czarno-białej fotografii. Ale taką fotografię bardzo trudno sprzedać, a ja jestem zawodowym fotografem. W 99 procentach robię zatem zdjęcia kolorowe. Teraz już wszystkie w formacie RAW. Wyjątkiem jest sytuacja, kiedy mogę użyć taśmy filmowej. Wtedy jedynie zakładam Tri-X lub HP-5-kę. To nieczęsta sytuacja. Ostatniej wiosny, pracując nad książką w Azji, miałem komfort używania zamiennie nośnika cyfrowego i szerokiej, czarno-białej błony Kodaka. Ale szczerze muszę przyznać, że coraz częściej mam wątpliwości, widzę, że poza radością wynikającą z obcowania ze starym medium, nie wynika z tego zbyt wiele.

Postprodukcja dobrze zrobionego RAW-a daje tak wiele możliwości łącznie z symulacją niezliczonych gatunków materiałów negatywowych i diapozytywów, że w sensie profesjonalnym posługiwanie się kliszami wydaje mi się artystowskim kaprysem.

Mam oczywiście sporo sprzętu w szafie, nazbierało się przez lata. Lubię też aparaty i zwracam uwagę na to, jak mi się z nimi żyje. Lubię i te duże i te miniaturowe. Moim koniem roboczym jest Canon 5D mk III z 24-70/2.8 L II. Nad zaletami tego zestawu nie będę się rozwodził. Każdy ma swoje ulubione zabawki. Mój wybór wynika z zaszłości, jestem w systemie EOS od kilkunastu lat i z lenistwa nic z tym nie robię, bo i po co.  Zaglądanie w EXIF-y nigdy nie było moim hobby, czego i innym życzę.

Portret kreowany a dziennikarski

Radzę pamiętać, że cała fotografia odbywa się jednak poza instrumentami optycznymi. One mają tylko skutecznie załatwić sprawę. Wybór jest istotny, ale podrzędny. Lubię, gdy nadmiar mi nie przeszkadza. Nie szukam kadru pod odpowiedni obiektyw, tylko po skadrowaniu zapinam właściwe szkło. Bywają sytuacje, kiedy robiąc jedno zdjęcie, spędzam z bohaterem dużo czasu. Takie są moje wyprawy do Andrzeja Stasiuka w Beskid Niski. Zdarza się, że jest zwyczajnie bardzo miło i jedyne, czego mi się wtedy nie chce robić, to fotografowanie. Wówczas aparat wydaje się niepotrzebnym, budującym barierę przedmiotem. Dobrze jest wtedy mieć pod ręką coś, co nienatrętnie notuje te chwile. Coś niedużego, do reporterskiego zapisu upływającego czasu. Bywają takie sytuacje, kiedy w sposób – nazwijmy to dziennikarski – zarejestrujemy moment, który opisze nam to spotkanie znacznie lepiej niż to jedno, wykoncypowane wcześniej ujęcie.

Stasiuk-©adamgolec-newsweek

Andrzej Stasiuk

Znakomita większość moich prac z okresu pracy dla prasy, to fotografie będące portretami w naturalnym otoczeniu modeli. Naturalnym zawsze lub chociaż wtedy, gdy dane było mi się z nimi spotykać. Ostatnio coraz częściej wykonuję zdjęcia inscenizowane, również w warunkach  studyjnych. W jakimś sensie ograniczenia, jakie niesie ze sobą sytuacja zastana, wąski zasób możliwych ingerencji w strukturę światła w scenie, mała możliwość panowania nad tłem popychają mnie w kierunku historii aranżowanych. Znajduję tam więcej możliwości wyrazu, traktuję tę sytuację zupełnie inaczej niż portrety “reporterskie”, z pewnością nie rozstrzygam przewagi jednego z tych sposobów fotografowania nad drugim. Jest to zwyczajnie coś innego.

Malenczuk-©adamgolec-newsweek

Maciej Maleńczuk

Trwam, fotografując…

Dzisiaj fotografia najczęściej ląduje w internecie lub na tablecie. Pomijanie nowych mediów w fotografii, ograniczanie się do oglądania fotografii w druku straciło sens. Robimy w większości zdjęcia cyfrowo, a nawet materiały konwencjonalne skanujemy do plików przed wydrukiem. Zamiast walczyć z internetem i cyfrowymi wydawnictwami należy się w tym odnaleźć.

Lubię, kiedy moje fotografie trafiają do szerokiego grona odbiorców, mam ograniczone zrozumienie dla limitowanych edycji fotoksiążek wydawanych za pieniądze z grantów i stypendiów. Jeśli jesteśmy zawodowcami, próbujemy żyć z tego fachu, to wolałbym, aby fotografie pokazywano szeroko. Wydawcy oprócz konstruowania umów i operowania kalkulatorem zysków mają pełnić też rolę edukacyjną. To wydawca decyduje, co ma kupić czytelnik. Jeśli latami trwa proces, w którym fotografia spychana jest w cień, do treści podrzędnej, to trudno się dziwić, że na książce fotograficznej nie da się zarobić pieniędzy. Bardzo zdolni fotografowie zarabiają w reklamie, by móc w nakładzie tysiąca sztuk wydać coś, co zalega w rogu księgarni lub służy do wygrywania konkursów w elitarnych, nikomu nie znanych konkursach edytorskich. Taka „elitarna” fotografia i ograniczanie liczby jej odbiorców nie służy poprawie sytuacji na rynku fotografii zawodowej. Zakładanie, że oto pracujemy nad książką i wystawą, która nie przyniesie przychodów ani wydawcy, ani autorom jest albo jakąś megalomańską hipokryzją, albo ekstremalnym nieporozumieniem. Z popularnych publikatorów poznikali dobrzy autorzy (bo drodzy) i, spoglądając na strony wielkonakładowych gazet, czy książek, próżno szukać dobrych zdjęć. Nie ukrywam, że i ja z tego powodu nie pracuję dla niektórych klientów. Wyrywanie przysłowiowej złotówki, dowodzenie najczęściej mailami lub telefonicznie, że praca, którą wykonałem warta jest nie 30 złotych tylko 3000,- nigdy nie sprawiało mi przyjemności. Dojrzałość, na którą jestem już mocno chory zakazuje mi schodzić poniżej pewnych stawek. Marzenia o tym, by fotografia mogła stać się jedynie moim hobby, wydają mi się jednak niedorzeczne. Bez fotografii nie wyobrażam sobie życia.

Mam to szczęście, że trafiam w mojej zawodowej karierze na ludzi, którzy rozumieją tę sytuację. Więc trwam, fotografując, a coraz częściej również filmując.

Adam Golec (adamrade.tumblr.com)

 

Adam Golec, rocznik 1970. Absolwent PWSFTviT w Łodzi. Fotograf, videograf. Wielokrotnie  nagradzany w konkursach fotograficznych, Grandpressphoto, Newsreportaż, BZWBK Press Foto, Konkurs Polskiej Fotografii Prasowej.
Autor zdjęcia Wisławy Szymborskiej reagującej na wiadomość o przyznaniu jej nagrody Nobla, które weszło do kanonu polskiej fotoreportażu. Z czasem stał się zaufanym portrecistą poetki. Do własnego gwiazdozbioru portretowanych osób zebrał Mario Vargasa Llosę, Johna Malkovicha, Ludwika Jerzego Kerna, Petera Greenawaya, Stanisława Lema, Orhana Pamuka, Andrzeja Stasiuka i wiele innych interesujących postaci.
Jako eseista i dokumentalista fotograficzny opowiada w swoich reportażach o niepełnosprawnych zdobywających Kilimanjaro, tamilskich tygrysach i ofiarach wojny domowej na Sri Lance. Buduje przejmujące historie fotograficzne mówiące o losach ludzi postawionych w trudnych sytuacjach życiowych (Anna Krupa, bezręka matka), osadzone w okrytych tabu przestrzeniach społecznych (tancerki go-go).
Jest związany z polskimi agencjami Forum i Agencją Gazeta oraz francuską Agencją VU. Publikuje w “Newsweeku”, “Gazecie Wyborczej”, “Dużym Formacie”, “Wysokich Obcasach”, polskiej edycji National Geographic i Traveler, “Polityce”, “Przekroju”, “Tygodniku Powszechnym” i wielu innych pismach.
Adam Golec z naturalnym obiektywizmem stara się wnikać w zamknięte środowiska, dokumentując różne sfery życia. Precyzja, niezwykła wrażliwość i dynamika działania znajdują swoją wypadkową w fotografiach, które prowadzą swoich odbiorców przez rzadko uczęszczane drogi.  W wyniku jego pracy powstają kompletne reportaże, portrety znanych i mniej znanych postaci, fotografie niezwykłych miejsc i pejzaży.
Wszystkie zdjęcia poza portretem Adama Golca autorstwa Adama Golca i za jego zgodą.

 

 

 

Brak komentarzy »

Brak komentarzy.

Kanał RSS z komentarzami do tego wpisu. TrackBack URL

Dodaj komentarz