Kategoria: Blog  3 sierpnia 2010

Lustrzanka jak kamera?

Reverie from Vincent Laforet on Vimeo.

Jednym z ubocznych produktów fotografii cyfrowej, całkowicie przypadkowym, dodanym w zasadzie bez specjalnego zastosowania, wprowadzonym na wyrost, bo nie wiadomo po co, było umożliwienie aparatom cyfrowym zapisywanie plików video. Technologicznie nie było to zbyt skomplikowane. Ot, ktoś pomyślał, że skoro można to czemu nie? Historia zaczęła się skromnie, od opcji w małych aparatach cyfrowych „notatka video”. Jakość tego dodatku była raczej skromna, coś jak kamerka w telefonie. Niby jest, ale żeby od razu na tym kręcić filmy?

Jak zeznają konstruktorzy, opcja ta miała teoretycznie służyć za notatnik. Fotograf robi zdjęcie, a następnie nagrywa do aparatu: „Gwatemala, szósty sierpnia, pada deszcz” – gdyby ktoś tego nie zauważył na zdjęciach. Albo po sfotografowaniu jakiegoś domorosłego muzyka na ulicach Rotterdamu, można było go poprosić o deklarację zgody na zdjęcie: „Ja, Jon Apstuflick zgadzam się na wykorzystanie mojego wizerunku do publikacji”, i nie trzeba było bawić się w formalności typu „podpisz zgodę na zdjęcie” – bo z podpisami to zawsze jest kłopot. Mało kto z tego korzystał, gdyż najczęściej rasowy fotoreporter nie ma czasu na takie ceregiele.

Nocturne from Vincent Laforet on Vimeo.

Aż pewnego dnia, podczas prac modernizacyjnych nad EOSem 5D, jakiś zmyślny inżynier z Canona wpadł na pomysł, że skoro model 5D markII już sam ma strasznie dużo pixeli (ponad 20 mln!) to opcja video nie powinna być tylko skromnym dodatkiem, ale kolejną funkcją aparatu. I tak, korzystając z dobrodziejstwa postępu wymyślono, by aparat nagrywał filmy w formacie fullHD czyli 1920×1080 pixeli. Ale to nie wystarczało. Obraz FullHD nagrywają nawet małe kamerki, które wielu z nas bierze ze sobą na wakacje. Ilość pixeli jest tylko jednym z parametrów cyfrowej fotografii i video. Bardzo zmyślnym, bo łatwym do wykorzystania w reklamach (nasz aparat jest lepszy bo ma więcej pixeli! – często słyszymy), ale wbrew pozorom nie najistotniejszym (polecam experyment: weźcie dowolne zdjęcie z telefonu, otwórzcie je w dowolnym programie do obróbki zdjęć i zmieńcie jego wielkość. Zauważycie, że ilość pixeli urośnie. Jakość się nie poprawi, mimo że rozdmuchamy fotografię do 30, 40 mln pixeli.) Istotą pomysłu było wykorzystanie do filmowania całej powierzchni czujnika CMOS, czyli pełnej fotograficznej klatki, 24×36 mm. Był to pomysł iście diabelski, bo wtedy uzmysłowiono sobie, że zapis obrazu na pełnej klatce to nic innego jak zapis kinematograficzny! Do tej pory, jedyne urządzenia zdolne do filmowania z wykorzystaniem pełnej klatki fotograficznej to były najwyższej klasy kamery filmowe, używane w najdroższych produkcjach Hollywood. Nawet kamery telewizyjne mają czujnik wielkości paznokcia. A co to znaczy? To znaczy bardzo prostą rzecz: za niewielkie pieniądze (obecna cena EOSA5DmII wynosi ok. 7000,00 zł) mamy w torbie kamerę filmową, zdolną uzyskać plastykę obrazu do tej pory zarezerwowaną wyłącznie dla wielkich, ciężkich, drogich (kilkanaście kilogramów za peręset tysięcy dolarów) kamer filmowych oraz w zasadzie wszytkie dobrodziejstwa związane z „prawdziwym” filmowaniem, a nie tylko „kamerowaniem video”.

Egypt / Lebanon Montage from Khalid Mohtaseb on Vimeo.

I tak to się zaczęło! Amerykanin francuskiego pochodzenia (aż żal, że nie polskiego:) Vincent Laforet wziął aparat fotograficzny Canon EOS5Dmark II i nakręcił film „Reverie” (prezentuję go na wstępie do tego artykułu). Nie boję się napisać, że ten kilkuminutowy film stał się tym w historii ruchomych obrazków tym czym „Wjazd pociągu na stację” braci Lumiere dla kinematografii jako takiej. W historii utrwalania obrazu zaczął się nowy rozdział – filmowanie lustrzankami.

 

Brak komentarzy »

Brak komentarzy.

Kanał RSS z komentarzami do tego wpisu. TrackBack URL

Dodaj komentarz